cofnij
Lizbona - śladami odkrywców

2017-11-05

Lizbona - śladami odkrywców
Gdyby nie dokonania Portugalczyków, nie cieszylibyśmy się dziś smakiem curry, pieprzu i cynamonu, a Anglicy nie mieliby czego wlewać do swych filiżanek o piątej popołudniu. To mieszkańcy tego niewielkiego kraju odkryli morską drogę do Indii i dotarli w najodleglejsze zakątki globu.

W lizbońskim Belem wciąż możemy znaleźć ślady potęgi, która zrodziła się przy ujściu rzeki Tag. Odnaleźć miejsca, z których wyruszał w świat Vasco de Gama i jego następcy. To podróż śladami wielkich odkrywców.

 

Pomnik Odkrywców

 

Historia wypraw i potęgi Portugalii została w tym miejscu skondensowana do ogromnego, klarownego znaku. Pomnik Odkrywców (Padrão dos Descobrimentos) w Lizbonie stanął w punkcie, bez którego zapewne ten kraj nigdy nie zdobyłby swojej pozycji – w dzielnicy Belem, tuż nad Tagiem. To stąd wyruszały wyprawy odkrywców, stąd odpływały żaglowce kierując się ku majaczącemu w oddali ujściu rzeki do oceanu.

 

Monument, nawiązujący kształtem do XVI-wiecznej karaweli, znajduje się zaledwie kilka kroków od nabrzeża, otulony wilgocią ciągnącą od wody. Gdy zadrze się głowę, można spojrzeć w oczy kamiennym postaciom: na ich czele stoi Henryk Żeglarz, który nadał portugalskiej ekspansji rozmachu i zapewnił jej zaplecze finansowe. Jak wieść niesie, pomimo przydomka, sam na pokład statku wsiadał niechętnie – bał się wody i ogromu morza. Nie przeszkodziło mu to jednak założyć w Sagres szkoły nawigacji, która rozbudziła i ugruntowała żeglarskie umiejętności Portugalczyków. Za nim stoi Bartolomeu Diaz, człowiek, któremu przypadło pierwsze w historii opłynięcie Przylądka Dobrej Nadziei. Jest też Vasco de Gama, jest i Magellan. Nie brakuje Pedro Cabrala.

 

Wszystkich ich do wyruszenia w drogę skłoniła niezaspokojona ciekawość świata. Nomadyczny gen. Chęć przygody. Ale też – nie oszukujmy się - pragnienie zysku. Ekonomiczna umowa zawarta z władcami. Pomnik uwiecznia osoby, dzięki którym do Portugalii popłynęły wonne przyprawy, lśniące złoto, szlachetne drewno, niewolnicy. Ta ekspansja opierała się na chęci posiadania. Dzięki niej niewielki kraj mający za plecami całą Europę stał się na moment prawdziwą potęgą. Ładownie żaglowców wypełnione po brzegi cynamonem, goździkami, pieprzem, gałką muszkatołową odmieniły portugalski los, dając krajowi sposobność wpłynięcia na historię Europy i świata.

 

Ujmujące jest to, że pośród tych wykutych w kamieniu podróżników i odkrywców są też naukowcy, matematycy, astronomowie, misjonarze, cieśle. Literaci i poeci. Mniej i bardziej zwyczajni ludzie, którzy pchnęli swoją ojczyznę na zupełnie nowe tory.

 

Tuż obok pomnika, wprost na chodniku, znajdziecie marmurową mapę-mozaikę. Delikatne nici oplatają wizerunek globu, pokazując, w jakie miejsca dotarły portugalskie żaglowce. Przyjrzenie się tym szczegółom utrudniają turyści, nieustannie depczący po kartograficznym obrazie. Jednak przy chwili uwagi pomiędzy ich stopami da się ujrzeć ogrom dokonań dawnych odkrywców, dla których świat nie okazał się żadną przeszkodą.

 

Brama świata

 



 

Historię opowiadaną przez Pomnik Odkrywców dopełnia stojąca nieopodal wieża Belem. Przysadzisty budynek o harmonijnych kształtach – typowych dla stylu manuelińskiego – jest kolejnym śladem dawnej potęgi Portugalii. Ta budowla świadczy o tym, jak ważną rolę odgrywało niegdyś Belem. Ujście Tagu stanowiło bramę na świat. Wieża, obsadzona przez wojsko, kryjąca skład broni, wspomagana przez kilkanaście armat, chroniła jedno z ważniejszych miejsc w XVI-wiecznej historii kraju.

 

Jej twórcą jest specjalista od obiektów militarnych, architekt Francisco de Arruda, któremu udało się ukończyć prace budowlane w 1519 r. Osadzoną na wodzie wieżę łączy dziś z lądem drewniana kładka, niegdyś jednak obiekt znajdował się dużo dalej od brzegu, strzegąc wejścia do portu niemal pośrodku nurtu rzeki.

 

Przez kolejne wieki wieża pełniła przeróżne funkcje, służąc między innymi za więzienie. W 1833 r. przez dwa miesiące osadzony był w nim generał Józef Bem, twórca Legionu Polskiego w Portugalii. W budynku działał też punkt poboru opłat od wpływających do portu statków, a nawet centrum obsługi telegrafu.

 

Dziś wieża służy turystom. I to z powodzeniem – w sezonie każdego dnia ustawiają się do niej kolejki, najlepiej więc przyjść tu rano i poza weekendem. Kosztujący 6 euro bilet wstępu pozwala przyjrzeć się wszystkim szczegółom wieży i  bastionu. Na zakończenie można wejść na wieńczący budynek taras, by spojrzeć na ciągnący się ku oceanowi Tag. Niemal ten sam widok rozpościerał się przed żeglarzami, którzy czterysta lat temu wyruszali z tego miejsca, by wypełniać białe plamy na ówczesnych mapach.

 

Ostatni przystanek Vasco de Gamy

 

fot. Shutterstock

 

Po prawej, niedaleko wejścia, widać w półmroku okazały zdobiony nagrobek. Pod kamienną płytą leży Vasco de Gama. Człowiek urodzony w niewielkim miasteczku Sines, który utorował Portugalii drogę morską do Indii.

 

Vasco de Gama, zaraz po Henryku Żeglarzu, odegrał największą rolę w morskich wyprawach Portugalii. Jego szczątki pochowane są w Kościele Najświętszej Marii Panny w Belem, będącym częścią zespołu klasztornego Heronimitów.

 

Dla osób zainteresowanych historią wielkich wypraw to miejsce jest jednak ważne nie tylko ze względu na grób de Gamy. Historia klasztoru jest bowiem ściśle związana z portugalską ekspansją. Powstał on dzięki pieniądzom pochodzącym z handlu dobrami przywiezionymi z morskich podróży. W jego wnętrzu żeglarze modlili się przed wypłynięciem z portu, przyjmowali błogosławieństwa oraz składali dziękczynne dary, gdy udało im się szczęśliwie powrócić z wypraw.

 

Sięgający swymi początkami 1501 r. obiekt ma aż 300 m długości, a do jego wzniesienia użyto miejscowego wapienia. Oddany w opiekę zakonowi Hieronimitów, pozostał pod ich pieczą aż do 1834 r., gdy w Portugalii nastąpiła kasacja zakonów.

 

Oprócz kościoła, do którego wstęp jest bezpłatny, trzeba koniecznie zajść do klasztornych krużganków (bilet 10 euro). Panujący tu spokój (miejsce to służyło mnichom do odpoczynku oraz spacerów) jest urzekający, a podziwianie delikatnych zdobień na filarach krużganków (każdy z nich ma inny wzór) potrafi zająć całe godziny.

 

W ciszy gablot

 

Połyskujące szkłem gabloty oraz cichy szept kustoszek upominający, by nie dotykać eksponatów z początku zniechęcają. Dziś, gdy przyzwyczajeni jesteśmy do interaktywnych nowoczesnych ekspozycji muzealnych, Muzeum Morskie w Lizbonie jawi się niczym przybysz z prehistorii. Wystarczy jednak chwila niespiesznego przemierzania pogrążonych w półmroku pomieszczeń placówki, by okazało się, że tradycyjny sposób prezentacji blisko 6000 eksponatów w niczym nie wadzi. Duże znaczenie ma w tym bogactwo kolekcji oraz jej tematyczna spójność. Tysiące autentycznych przedmiotów, wspomaganych dokładnymi replikami, pozwalają wejść gładko w fascynujący świat portugalskich podbojów.

 

Największa na świecie kolekcja astrolabiów (pomiarowych przyrządów nawigacyjnych), elementy wyposażenia statków oraz nieskończona ilość map, na których próbowano zakląć całą złożoność świata dają orientację, jak wielkiego uporu, odwagi i wiedzy wymagało niegdyś podróżowanie. Bez GPS-u, telefonu, który wybawi cię z opresji, wygodnego łóżka i suto zastawionych stołów. Kilkaset lat temu, gdy Portugalczycy z uporem budowali swoje imperium, wyruszenie z domu było aktem odwagi, decyzją mającą wpływ na całe życie, nie dającą żadnej gwarancji, że u kresu wyprawy czekać będzie splendor i bogactwo.

 

Museu de Marinha ulokowano w północno-zachodnim skrzydle klasztoru Heronimitów, a wielkość ekspozycji skłania, by na jej poznanie przeznaczyć przynajmniej 2 godziny. Bilet wstępu kosztuje 6 euro.

 

Czując saudade

 



 

Złote czasy Portugalii musiały się kiedyś skończyć. Mimo ogromnych sukcesów w podbijaniu świata i niezwykłej ekspansywności, leżący na krańcu Europy kraj był zbyt niewielki i zbyt mało ludny (ówczesna populacja liczyła ok. 1.5 mln osób), by mógł utrzymać pozycję. W XVII w. znaczenie Portugalii zaczęło powoli słabnąć, a jej dostęp do terenów zamorskich stawał się stopniowo coraz bardziej ograniczony.

 

Z tą przewrotnością losu – który wynosi na szczyt, by chwilę później z niego strącić - Portugalczycy pogodzili się zadziwiająco łatwo. Pamięć o imperium oraz dokonaniach wielkich odkrywców wciąż jednak pozostała składnikiem ich tożsamości. Jej ślady odnaleźć można między innymi w pieśniach fado, dobrze oddaje ją także stan duszy określany przez Portugalczyków jako saudade – nieprzetłumaczalny do końca termin wyrażający poczucie nostalgii i melancholii.

 

Wyrosłe na saudade pieśni fado kryją w sobie oczywiście znacznie więcej niż wspomnienia żeglarskiej potęgi Portugalii. Zrodzony w robotniczych dzielnicach Lizbony gatunek muzyczny doskonale jednak oddaje tęsknotę za morzem, byciem w drodze, opowiada o pozostawionymi za sobą miejscach i osobach. Wędrując śladami najważniejszych odkrywców, na koncert fado zajść więc z pewnością warto, bo w tej rzewnej muzyce na dwie gitary i męski lub żeński głos kryje się portugalska dusza. A ta nierozerwalnie związana jest z oceanem i dalekimi wyprawami.

 

Najwięcej koncertów odbywa się w lizbońskiej dzielnicy Alfama, zwykle są to występy towarzyszące wieczornemu posiłkowi. Przy odrobinie szczęścia można jednak trafić na mające sporo autentyczności pokazy muzyków grających na ulicy, otoczonych przypadkowymi przechodniami, występujących spontanicznie i z czystej potrzeby serca.  

 

Zapisz się na jazdę próbną chcę się zapisać