cofnij
Sintra: przybysz z innego świata

2017-10-30

Sintra: przybysz z innego świata
Kręte, górskie drogi, gęsta roślinność, bajkowe pałace. Położona zaledwie pół godziny drogi od Lizbony Sintra jawi się w portugalskim krajobrazie niczym przybysz z innego świata.

Niższe temperatury, warstwa chmur, snujące się pomiędzy kapiącymi zielenią drzewami mgły. Miasteczko zanurzone jest w wyjątkowym mikroklimacie, który latem daje odetchnąć od upału, a w pozostałe pory roku sprawia, że Sintra zachwyca iście baśniową scenerią. Kameralność tej miejscowości zachęca, by poznawać ją bez pośpiechu, wybierając swobodnie pośród jej skarbów, to na co przyjdzie akurat ochota albo na co natrafi się podczas leniwego spaceru.

 

Między jawą a snem

 

Quinta da Regaleira to ocean ekstrawagancji. W Sintrze, a i pewnie w całej Portugalii, nie ma drugiego takiego miejsca, w którym wszelkie ograniczenia zostały przełamane i w którym do takiego stopnia błądząca swobodnie myśl przekuta została w rzeczywistość.

 

Ukończona w 1910 r. posiadłość, otoczona ogromnym ogrodem, była rezydencją potentata kawowego, Antonio Carvalho Monteiro. Sypiąc hojnie groszem, postawił on przed włoskim architektem – twórcą La Scali, Luigim Maninim – zadanie stworzenia świata, który będzie balansował na granicy jawy i snu. Włoch wywiązał się z tego zadania koncertowo. Stworzył przykład eklektyzmu doskonałego. Sięgnął po styl mauretański, neo-manueliński, gotyk, masońską symbolikę. Wypełnił przestrzeń zielenią, fantazyjnymi ogrodami, ukrytymi tunelami, oczkami wody, studniami, które okazują się tajemnymi przejściami, grotami, wodospadami, wieżami i niekończącymi się labiryntami. Nad całością, niczym wisienkę na torcie, usadowił neogotycki dwór, rezydencję dla zleceniodawcy.

 

To miejsce osiągnęło taki poziomi kiczu, że stało się przez to aż urocze. Po krótkiej chwili umysł architektonicznego purysty odpuszcza bój, godząc się na to, co widzą oczy. Oszałamiające pomieszanie stylów i absolutny nadmiar stają się nagle atrakcyjne. Myszkowanie po tej krainie tajemnicy najlepiej zacząć z rana, zaraz po otwarciu bram rezydencji. Ogród bywa wtedy spowity pasmami mgły snującej się pomiędzy gęstą zielenią, a turystów wciąż jest tu jeszcze niewielu.

 

Smak oceanu

 

Statystki mówią, że każdego roku pięciu rybaków traci życie, zbierając to, co mam właśnie na talerzu. Portugalskie wybrzeże, najeżone wysokimi klifami, uderzane z zajadłością falami Atlantyku, pełne potężnych głazów, z których łatwo zsunąć się łamiąc przy tym kark wystawia wysoki rachunek za swoje skarby. Pas wybrzeża na północ od Lizbony dla miłośników owoców morza stanowi jednak prawdziwą Mekkę. Leżąca niedaleko niego Sintra jest jednym z najlepszych miejsc, by ich spróbować.

 

Percebes, fot. Facetzprzepisem.com

Kaczenice – percebes – wyglądają jak pradawne gada, które trzymają się kurczowo tutejszych skał przynajmniej od czasów dinozaurów. Skórzaste rurkowate ciało pąkli zwieńczone jest nieprzyzwoicie czerwoną rozszerzającą się główką.

 

Oderwanie skorupiaków od morskich skał wymaga zręczności. Rybacy czekają na odpływ i odpowiednio niski poziom wody, by wyruszyć w niebezpieczną wędrówkę po świecie, który jeszcze przed momentem należał do oceanu.

 

Drobinki, które zbierają ledwo mieszczą się w palcach. Po rozłupaniu skórzastej zbroi, wyłania się spod niej czerwień mięsa, słonego, pachnącego morzem, dającego prostą, zmysłową rozkosz. Nie potrzebuje ono żadnego dodatku, z wyjątkiem kilku łyków dobrze schłodzonego mineralnego wina.

To nie jest tania przekąska. Ceny za kilogram percebes na targu zaczynają się od niecałych 100 euro (choć czasem można trafić na spore zniżki), te w restauracjach jeszcze rosną. By zatopić się w smaku skorupiaków, nie potrzeba jednak wiele – wystarczy kilkaset gram na parę osób. Rarytas dostaniemy w większości restauracji w Sintrze, przed zajęciem stolika warto jednak zapytać o jego dostępność. Percebes podaje się bowiem zawsze świeże, ich obecność w menu zależy więc od sukcesów rybaków danego dnia. Jeżeli nie trafimy na nie, pozostaje wybrać się poza miasto, licząc na to, że przysmak znajdziemy w którejś z nadmorskich knajpek.

 

Cabo da Roca

„Gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna”, szepcze pośród wściekłych uderzeń wiatru napis po portugalsku, znacząc miejsce, w którym Europa gaśnie zmieniając się w niekończącą się przestrzeń Atlantyku. Przylądek Cabo da Roca, obok Sintry (14 km), to najdalej wysunięty na zachód punkt Starego Kontynentu. Kiedyś uważany był za kraniec znanego, za którym rozciągał się już tylko przestwór niewiadomej. Dziś Cabo da Roca jest jednym z częściej odwiedzanych zakątków Portugalii i niemal każdy, kto odwiedza Sintrę, trafia też tutaj.

Cabo da Roca, fot. Thinkstock

Cabo da Roca, fot. Thinkstock

Skalisty poszarpany klif spływa wprost do oceanu z wysokości 144 m. Na jego szczycie tkwi latarnia morska. Od 1772 r., pomimo maleńkich rozmiarów, stawia dzielnie czoła nadciągającym znad Atlantyku uderzeniom wściekłego wiatru, potrafiącego zwalić z nóg turystów szukających najlepszego miejsca do zrobienia selfie. Malowniczy budynek świetnie wpasowuje się w kadry zdjęć, wieczorami rozświetlając je delikatnym snopem światła wysyłanym ku statkom w oddali.

Widok nadciągających z oddali fal, zmierzających wprost na klif działa hipnotyzująco. Jeżeli tylko pogoda na to pozwala, można tu spędzić długie godziny patrząc po prostu przed siebie, błądząc wzrokiem po bezmiarze oceanu i pozwalając wilgotnej bryzie osiadać na twarzy i włosach. Na zgłodniałych czeka restauracja, za przywilej zjedzenia posiłku z widokiem na kraniec Europy trzeba jednak zapłacić na tyle dużo, że rozsądniejszym pomysłem będzie poszukanie czegoś do zjedzenia w knajpkach otaczających drogę dojazdową na przylądek.

Podróż autobusem z Sintry do Cabo de Roca trwa nieco ponad pół godziny. Jeżeli zależy ci na spokoju i chciałbyś zobaczyć przylądek wolny od tłumów, przyjedź tu po godzinie 20, gdy odjadą już ostatnie autobusy (będziesz zapewne potrzebował własnego samochodu). Przy odrobinie szczęścia być może dostaniesz na moment ten skrawek lądu wyłącznie dla siebie.

 

Słodycz Sintry

Gęste, treściwe i diabelnie słodkie. Queijadas, drobne wypieki przypominające sernik, są dostępne w całej Portugalii, ale to właśnie tu – w Sintrze – osiągnęły absolutną doskonałość. Okrągłe, mieszczące się swobodnie na dłoni, zadziwiają intensywnością smaku, zawartością cukru i boską skorupką pękającą z suchym trzaskiem przy pierwszym kęsie. To połączenie tarty i sernika z karmelizowanym wierzchem. Nadzienie, przygotowane z sera requeijao, jajek i cynamonu, otacza pasek cieniutkiego kruchego ciasta.

Queijadas, fot. Facetzprzepisem.com

Poszukiwanie najwyborniejszych queijadas najlepiej zacząć w kawiarni Saudade w pobliżu dworca kolejowego. I to nie dlatego, że się w nich tam specjalizują, lecz ze względu na historię – lokal mieści się w dawnej fabryce słodkich wypieków. W pomieszczeniach, w których z sufitów patrzą tłuściutkie cherubinki, jeszcze w XIX w. pracowały piekarnicze piece, wyrzucając z siebie nieskończoną ilość queijadas. Dawne przeznaczenie tego lokalu daje o sobie znać kameralnymi pokoikami, dziwnie wydłużonymi zaułkami, ślepymi uliczkami. Dzięki temu, siedząc tu, czuję się nie jak w typowej kawiarni, lecz jak prywatnym domu, w którym z radością i w spokoju można zatopić się w lekturze książki lub w długiej intymnej rozmowie z kimś bliskim.

Na samą degustację queijadas najlepiej wybrać się jednak do  Fábrica das Verdadeiras Queijadas da Sapa, wytwórni wypieków uznanej za najdłużej działającą w Sintrze (od 1756 r.). Do ciasteczek kup mocną czarną kawę Delta (zapomnij o cukrze, znajdziesz go wystarczająco dużo w queijadas) lub ewentualnie herbatę i ciesz się każdym kęsem tego słodkiego cudu, patrząc jak za oknem toczy się życie Sintry.

 

Koszmar czy cud?

Z oddali, tkwiący na szczycie najwyższego wzgórza w Sintrze, pałac Nacional de Pena wygląda jak urzeczywistniony sen szalonego architekta lub efekt zabawy dziecka ogromnymi kolorowymi klockami. Pomiędzy szerokimi liśćmi bananowców wyłaniają się pomalowane w intensywnych barwach ściany budynku zlepionego z dziesiątków architektonicznych stylów.

Pałac Nacional de Pena, fot. Shutterstock

Jego ojcem jest król Ferdynand II, który w 1838 r. nakazał rozpoczęcie prac rekonstrukcyjnych starego klasztoru stojącego na wzgórzu. W 1834 r. król doszedł do wniosku, że w prowadzonych pracach nie ma co się za bardzo ograniczać i dał swemu architektowi – baronowi von Eschwege -  wolną rękę. Zarówno projektantowi jak i królowi przypadł do gustu pomysł wzniesienia okazałego romantycznego pałacu, wzbogaconego o wszystkie możliwe trendy  architektoniczne. Zdobione kopuły, wysokie wieżyczki, mauretańskie okna, setki detali i różnobarwne ściany budowli sprawiły, że pałac Pena jest dziś jednym z najbardziej rozpoznawalnych obiektów w całej Portugalii. Dla jednych pozostaje przykładem architektonicznego koszmaru, drugich urzeka baśniowym charakterem. Tak, czy inaczej – zobaczyć go trzeba.

Zapisz się na jazdę próbną chcę się zapisać