#onetontour austria
  • Powered by
#onetontour austria
Artykuł
Kitzbühel - legenda miasta kozic, VIP-ów i narciarstwa

2017-12-12

Autor: Wojciech Biegun

Kitzbühel - "miasto kozic", mekka sławnych i bogatych, legenda sportu i prawdopodobnie najlepszy i najbardziej elegancki ośrodek narciarski w Alpach. To tyrolskie miasteczko w Austrii ma wszystko, czego potrzeba narciarzom - zawodowcom i amatorom - oraz bon vivantom spragnionym zarówno splendoru jak i odrobiny prywatności.
Kitzbühel - legenda miasta kozic, VIP-ów i narciarstwa

Kitzbühel urzeka od pierwszego wejrzenia. Miasteczko wygląda jak żywcem wyjęte z podkolorowanej pocztówki lub książeczki dla dzieci, ale jednak jest całkiem prawdziwe.

 

Historia miejscowości wtulonej w malowniczą dolinę rzeki Ache, otoczonej szczytami sięgającymi 2000 m, zaczęła się ok. 1000 lat p.n.e., w epoce brązu, i oczywiście nie miała wówczas nic wspólnego z  narciarstwem, a bardziej z górnictwem. Wtedy w okolicach zaczęto wydobywać rudę miedzi. 1600 lat później zaczęły przybywać na te tereny plemiona Bawarów. Legenda głosi, że pierwsi osadnicy zobaczyli na halach kozice pasące się ze swoimi koźletami (niem. Kitzen) i stąd wzięła się nazwa miasta. Jednak bliższa prawdy historycznej wydaje się wersja wywodząca nazwę od szlachcica zwanego Chizzo, który zbudował swą posiadłość na wzgórzu (niem. Hügel).

 

Kitzbühel miało szczęście. Pomimo tego, że kilkukrotnie przechodziło z rąk do rąk władców Bawarii i Habsburgów, omijały go zawieruchy wojenne. Uznano, że mury obronne, zbudowane po nadaniu mu praw miejskich w poł. XIII w., są zbędne i w końcu je rozebrano. Obecny wygląd miasto zawdzięcza odkryciu złóż srebra w XVI w. i związanych z tym kilkoma dziesięcioleciami prosperity. W centrum starego miasta można podziwiać prawie 500-letnie, różnokolorowe kamieniczki - każdy kolor świadczył o innym właścicielu, a niektóre miały ich kilku… Kolejnym prezentem od losu - i miłościwie panującego cesarza Franciszka Józefa - była budowa linii kolejowej Salzburg-Tiroler-Bahn, która włączyła miasto w gospodarczy krwioobieg całego regionu.

 

Nieszkodliwy wariat i deski

 

Gdy pod koniec XIX w. górnictwo zaczęło tracić na znaczeniu stał się kolejny cud. Jeden z mieszkańców Kitzbühel, Franz Reisch, przywiózł z wycieczki do Norwegii kilka par drewnianych nart i rozpoczął z nimi coraz śmielsze eksperymenty na okolicznych stokach. Traktowany przez ziomków jak nieszkodliwy wariat, prawdopodobnie nie przypuszczał, że właśnie tworzy historię narciarstwa i wkrótce odmieni oblicze swojego rodzinnego miasta. Gdy 15 marca 1892 r. postanowił zjechać na nartach z Kitzbüheler Horn (2000 m n.p.m.) ludzie pukali się w głowę próbując odwieść go od samobójstwa. Jednak do tragedii nie doszło i pierwszy wysokogórski zjazd w Austrii zakończył się sukcesem.

 

Od tamtej pory sprawy potoczyły się w miarę szybko. Grono miłośników nowego, dziwacznego sportu zaczęło się rozrastać; w roku 1895 odbyły się pierwsze zawody narciarskie; w 1902 powstało słynne Kitzbühelskie Stowarzyszenie Sportów Zimowych (przemianowane na Kitzbühelski Klub Narciarski działający do dzisiaj); powstała sławna szkoła narciarska "Rote Teufel"; w 1928 zbudowano pierwszy w Austrii wyciąg narciarski - gondolę Hahnenkamm, a w 1931 po raz pierwszy odbyły się słynne zawody Hahnenkamm.

 

Edward zaprasza Brytyjczyków

Miasto coraz bardziej żyło sportem i ze sportu, ale jeszcze nie było "trendy". Prawdziwym katalizatorem, który wywołał bum turystyczny (głównie z Wlk. Brytanii), była wizyta księcia Walii Edwarda, który szusował tu na nartach w roku 1935. Od tamtej pory w Kitzbühel, tak jak w szwajcarskim Sankt Moritz, wypadało bywać i się pokazywać.

 

Nawiasem mówiąc, wieść niesie, że sentyment zagranicznych gości, uratował miasto podczas II wojny światowej - podobno piloci alianckich bombowców, którzy przed wojną jeździli tu na nartach, podczas nalotów rozpoznawali charakterystyczne dwie wieże kościelne i oszczędzili miasto. Hmm… historia sympatyczna, ale raczej naciągana, zakładająca, że miłośnicy narciarstwa mają tendencję do niewykonywania rozkazów...

Wraz z przedstawicielami wyższych sfer: arystokratami, celebrytami, politykami i innymi utracjuszami, zaczęły przybywać do miasta pieniądze, i tak jest do dzisiaj. Mieszkańcy wykorzystali szansę. Wielu hotelarzy, restauratorów i instruktorów narciarskich dorobiło się majątków. Nauczyli się jak zaspokajać potrzeby takich specyficznych gości, jednocześnie nie tracąc godności.

 

Jak mówi Pepi Treichl - przewodnik, lokalny historyk, muzyk i dobra dusza miasta - gdy jako mały bosonogi chłopiec wraz z innymi dziećmi w latach 50. XX w. przyglądał się zamożnym golfistom, których buty prawdopodobnie kosztowały więcej niż kilkumiesięczne zarobki jego rodziców, już wtedy wiedział gdzie leży granica między byciem przyjacielskim i gościnnym, a nieszczerą służalczością. Dodaje, że do dzisiaj nie robią na nim wrażenia przemykające przez miasto luksusowe samochody - on cieszy się swoim nieco staroświeckim plecakiem, trąbką i zdrowiem, a najlepiej wypoczywa w górskiej chacie swojego szwagra, bez prądu, bieżącej wody z dala od cywilizacji.

 

ONI tu są - nie potwierdzam, nie zaprzeczam

 

Jedną z niepisanych zasad mieszkańców "miasta kozic" jest dyskrecja - nie przechwalają się jakie twarze znane z telewizji i serwisów plotkarskich widzieli ostatnio na ulicy. Co najwyżej wspomną coś indagowani, ale dopiero gdy sławni goście są już daleko stąd lub siedzą w swoim samolocie kołującym na lotnisku w Innsbrucku. Bo w takim miejscu dyskrecja jest jak produkt - goście go doceniają i są skłonni za niego zapłacić.

 

Zresztą nie spodziewajcie się zobaczyć nagle na głównym deptaku Kitzbühel procesji Pipp Middleton, Arnoldów Schwarzeneggerów i rosyjskich oligarchów. Mimo tego możecie być pewni, że ONI tu są, a przynajmniej bywają - wszystko dookoła krzyczy, że tak jest: sklepy najdroższych światowych kreatorów mody, kasyna, pięć 5-gwiazdkowych hoteli, jubilerzy, agencje nieruchomości z cenami startującymi od 1,5 mln euro za apartament, a do tego 18 salonów fryzjerskich, i to wszystko w 8-tysiecznym miasteczku. Przypadek? Nie sądzę…

 

Jednak sławni i bogaci od czasu do czasu lubią się pokazać i sfotografować na "ściance", a do tego potrzeba pretekstu. Kitzbühel potrafi ich dostarczać. W ciągu całego roku nie brak imprez: od jarmarków bożonarodzeniowych, zabaw sylwestrowych, festiwali filmowych i kulinarnych, zlotów starych samochodów i super samochodów, prestiżowych zawodów w polo i golfie, aż do najważniejszej imprezy roku - Pucharu Świata w zjeździe na Hahnenkamn (Koguciej Górze).

 

"Die Streif" - sława i śmierć

 

Zawody na Hahnenkamn, rozgrywane w połowie stycznia od prawie 75 lat, to moment, w którym oczy całego świata skupiają się na tej legendarnej tyrolskiej stacji narciarskiej. Na miejscu ogląda je ok. 85 tys. kibiców, a przed telewizorami ok. 500 mln! W mieście trwa nieustająca fiesta i wszyscy czekają w napięciu, który z narciarzy-gladiatorów najszybciej pokona owianą złą sławą trasę "Die Streif" - zlodowaciałą stromiznę z licznymi uskokami, o nachyleniu sięgającym 73 proc., pozwalającą rozwijać prędkości dochodzące do 140 km/h i wykonywać nawet 80-metrowe skoki. Ta trasa nie bierze jeńców -  zakończyła już niejedną karierę sportową, a nawet życie. Zwolennicy poprawy bezpieczeństwa tych zawodów wysuwają argument, że to ma być zjazd narciarski, a nie konkurs w skokach. Ale czy wtedy nadal byłaby to legenda przyciągająca tłumy?

 

Powiecie pewnie, że taka jazda to tylko dla zawodowców, a nie dla Was. I słusznie, ale "Die Streif" w przerwach pomiędzy zawodami, gdy nie jest przygotowana "na beton", pokazuje swoje łagodniejsze oblicze i jest dostępna dla każdego narciarza. Zaawansowanego narciarza. Jeśli jednak brak wam kurażu lub umiejętności, możecie odwiedzić Muzeum Kolejki Hahnenkammbahn i w symulatorze zobaczyć zjazd oczami zawodnika. Dodatkowo, w tym roku miał premierę film dokumentalny "Streif - One Hell Of A Ride", który prawdopodobnie przez pewien czas będzie można zobaczyć w tutejszym kinie - warto się zdemotywować przed ewentualnym zjazdem...

 

Zwykli ludzie też jeżdżą na nartach

 

Ale dość już celebrytów i profesjonalnych sportowców. Bo Kitzbühel to narciarski raj dla każdego! Już dwa razy z rzędu, w roku 2013 i 2014, prestiżowy portal skiresort.de uhonorował go tytułem najlepszego ośrodka narciarskiego na świecie. Dodatkowo, miasto jest członkiem elitarnego stowarzyszenia "Best of the Alps", zrzeszającego alpejskie kurorty szczególnie dbające o zachowanie swojego klasycznego stylu. I w tej tytułologii nie ma wielkiej przesady. To olbrzymi, urozmaicony teren, o mikroklimacie sprzyjającym utrzymywaniu się śniegu, oddany we władanie miłośnikom białego szaleństwa, którzy po nartach mogą poczuć prawdziwy klimat Tyrolu, lub zanurzyć się w błogim hedonizmie après-ski. Możliwości tu nie brakuje.

 

Wystarczy, niemalże w samym centrum miasta, wsiąść do gondolki, by zostać wciągniętym w matrix 54 kolejek i wyciągów, które bez odpinania nart dowiozą nas w pobliże nawet najodleglejszych tras. A tych jest tu ok. 170 km (67 km niebieskich, 79 km czerwonych i 24 km czarnych), plus 32 km tras nieratrakowanych, oraz ok. 230 km kw. stoków do freeride’u dla zaawansowanych miłośników puchu i dwa doskonałe snowparki dla freestyle’owców.

 

Poza legendarną trasą "Die Strief", ośrodek szczyci się "Dirretisimmą" - najbardziej stromą trasą zjazdową w Alpach, osiągajacą 78 proc. nachylenia, oraz "Pegenstein Sud" - trasą zjazdową o największej na świecie różnicy poziomów 1138 m (start na 1 938 m n.p.m.;  meta na 800 m n.p.m.). Warto również wspomnieć o kolejce 3S, łączącej dwa główne tereny narciarskie: Pengelstein i Resterhöhe. Ma ona długość 3642 m i tylko jeden słup nośny pomiędzy stacjami, a w najwyższym punkcie trasy jej wagoniki wiszą na rekordowej wysokości 400 m nad ziemią. Jeśli akurat uda Wam się złapać wagonik nr 1, to przez jego przeźroczystą podłogę, jedząc kanapkę będziecie mogli spojrzeć w otchłań.

 

Trzeba przyznać, że ośrodek jest jednym z najnowocześniejszych w Alpach. Przez ostatnich kilka lat zainwestowano tu dziesiątki milionów euro. I to widać na każdym kroku. Kanciaste, "oldskulowe" wyciągi, wyrywające z butów przy wsiadaniu i terroryzujące rodziny z dziećmi przy wysiadaniu, można policzyć na palcach jednej ręki. Większość to eleganckie gondolki lub szerokie kanapy z osłonami chroniącymi przed wiatrem i siedzeniami dyskretnie ogrzewającymi zmarznięte pośladki. Co ciekawe, i pewnie dla niektórych najważniejsze, wzdłuż tras części wyciągów działa darmowe Wi-Fi!

 

Przydatne informacje

Jak dojechać

 

Jadąc samochodem będziemy musieli pokonać: z Warszawy 1050 km, z Krakowa 830 km, z Poznania 950 km, z Wrocławia 850, z Katowic 750 km.

 

Samolotem najlepiej dolecieć do Monachium lub Innsbrucka, jednak w tym drugim przypadku wybór połączeń w rozsądnych cenach jest mocno ograniczony. Z monachijskiego lotniska do Kitzbühel regularnie kursują busy firmy Four Seasons Travel (www.tirol-taxi.at), koszt przejazdu w obie strony to ok. 85 euro.

 

Ceny

 

Oczywiście jest tu drożej niż w "popularnych alpejskich stacjach", ale nie dajmy się zastraszyć. Wbrew pozorom, oprócz luksusowych hoteli i ośrodków nie brak hotelików, pensjonatów i kwater dostępnych cenowo dla szerszego grona gości. Wszystko zależy od naszego budżetu.

 

Zwykle najkorzystniej jest nabyć pakiet (kwatera, wyżywienie, karnet) w biurze podróży. W przypadku  tygodniowego pobytu w hotelu 3-gwiazdkowym z dwoma posiłkami i karnetem narciarskim należy się liczyć z wydatkiem rzędu 2900 zł.

 

Na "ekonomiczny" obiad w barze lub restauracji trzeba wydać conajmniej ok. 15 euro. Ceny podstawowych artykułów w sklepach zwykle są 1,5-2 razy wyższe niż w Polsce. Karnet narciarski na 7 dni w szczycie sezonu kosztuje: 227 euro dla dorosłych, 174,5 euro młodzieżowy, 113,5 euro dla dzieci.

Przeczytaj też

Zapisz się na jazdę próbną chcę się zapisać