cofnij
Lizbona inaczej

2017-10-26

Lizbona inaczej
Byłeś już w Lizbonie kilkakrotnie i szukasz teraz nowego spojrzenia na miasto? Wybierasz się po raz pierwszy, ale chcesz zobaczyć coś więcej niż najbardziej znane atrakcje turystyczne? Podpowiadamy, co - oprócz słynnych żółtych tramwajów - warto w stolicy Portugalii zobaczyć, gdzie zajść coś przekąsić i w jakim miejscu najlepiej rozpocząć długą lizbońską noc.

Wiśniówka na raz

Gęsty, słodkawy alkohol lepi się do kieliszków i blaszanego kontuaru, na którym barman rozlewa trunek. Ginjinha - miejscowa wiśniówka, zwana też w skrócie Ginją - stała się jednym z symboli Lizbony. Jakimś zrządzeniem losu mieszkańcom miasta udało się uchronić ją przed całkowitym zaanektowaniem przez turystów. Po ten trunek nadal sięgają częściej miejscowi niż przyjezdni. Pełen aromatu alkohol dostępny jest niemal wszędzie, ale najlepiej zajść na jego kieliszek do małego pomieszczenia na placu Rossio (a ściśle mówiąc, do przylepionej do niego uliczki Largo de Sao Domingos). Tradycyjnie nalewany jest on do małych kieliszków wraz z jednym lub dwoma owocami wiśni. Wersja bardziej wykwintna to zestawienie ginjinhi z czekoladą.

 

fot. Shutterstock

 fot. Shutterstock

Za jedną porcję zapłacicie 1,4 euro, a jeżeli przyjdziecie przedpołudniem, wypijecie ją w towarzystwie niemal wyłącznie miejscowych. W pomieszczeniu panuje swobodna atmosfera, a barman leje alkohol, nie przejmując się strużkami płynącymi po ściankach kieliszków. Zachodzący tu mężczyźni wychylają porcje na stojąco, by pomiędzy kolejnymi łykami chwilę porozmawiać i za moment pójść dalej. I choć wiśniówka jest dość mocna, wypicie jednego kieliszka jest niewątpliwie świetnym sposobem na rozpoczęcie dnia w Lizbonie.

Klinika lalek

Kameralne pomieszczenie w XVIII-wiecznej, wyłożonej kaflami azulejos kamienicy na placu Praça da Figueira zarzucone jest setkami rąk, nóg, szklanych oczu i kędzierzawych lub łysych główek. Szpital dla lalek (Hospital de Bonecas) działa od 1830 r. i przez ten czas wpisał się już na stałe w krajobraz Lizbony. Co jakiś czas zaglądają do niego zaciekawieni turyści, "klinika" nie jest jednak muzealną atrakcją. Prowadząca ją Manuela Cutileira codziennie przeprowadza - niczym w prawdziwym szpitalu - obchód "pacjentów" i spędza długie godziny nad przywróceniem ich do zdrowia. Ci bardziej poszkodowani zostają tu na rekonwalescencję, lżejsze przypadki zyskują natychmiastową pomoc.

W klinice naprawić można zarówno najstarsze, zabytkowe już zabawki, niejednokrotnie warte fortunę, jak i plastikowe postacie Barbie czy Kena. Wędrówka przez labirynt pomieszczeń zakładu (bilet 2 euro) to podróż przez historię lalkarstwa i zapomniany już nieco świat tradycyjnego rzemiosła.

Mieszkańcy Mourari

Biegnąca w dół wąska uliczka Beco das Farinhas nie wyróżniałaby się specjalnie pośród innych ulic dzielnicy Mouraria, gdyby nie czarno-białe zdjęcia zawieszone na ścianach domów. Co krok trafiamy na kolejne fotografie, z których patrzą na nas stare, piękne twarze tutejszych mieszkańców. Przy odrobinie szczęścia, na niektórych z nich można natknąć się, jak przemykają obok swoich wizerunków lub obserwują uliczkę z okien mieszkań.

 

fot. Shutterstock

 fot. Shutterstock

Autorem zdjęć jest Camilla Watson, która postanowiła opowiedzieć historię dzielnicy oddając głos ludziom mieszkającym w niej przez większość życia. Uliczna galeria fotografii szybko stała się znakiem rozpoznawczym tego regionu miasta. Pomysł spotkał się z taką przychylnością - zarówno miejscowych, jak i turystów - że Camilla niedawno powtórzyła go w Alfamie.

Fado dla początkujących

W rozedrganym, pełnym nostalgii głosie wykonawców fado kryje się ponoć cały charakter Lizbony i Portugalii. Próba uchwycenia go podczas krótkiego pobytu w stolicy jest raczej skazana na niepowodzenie, saudade ¬- integralny składnik fado -  jest bowiem pojęciem nieprzetłumaczalnym na inne języki i trudnym do zrozumienia dla obcokrajowców. Ten rodzaj nostalgii stał się wyznacznikiem tożsamości Lizbończyków, a muzyka grana na dwóch gitarach (w tym jednej dwunastostrunowej) to stały element życia mieszkańców Portugalii.

 

fot. Shutterstock

fot. Shutterstock

Dla przybysza z innego kraju wejście w ten świat jest dość trudne. Można wybrać się na jeden z koncertów fado organizowanych z myślą o turystach, jednak ich nieco teatralny wymiar sprawia, że pozwalają one co najwyżej rozeznać się nieco w temacie (choć Portugalczycy i w tych warunkach potrafią uronić kilka łez wzruszenia). Więcej emocji dostarczy któryś z koncertów w maleńkich knajpkach lizbońskiej Alfamy lub Mourari, późniejszym wieczorem. Zwykle są one połączone z kolacją, a najlepszą wskazówką pozwalającą wybrać lokal jest ilość miejscowych tłoczących się przed wejściem.

Zrozumienie fado wymaga czasu i osłuchania się (przydaje się też znajomość portugalskiego). Dobrze jest też poznać, choć trochę, kontekst, w jakim ta muzyka funkcjonuje. A nie ma do tego lepszego miejsca niż Muzeum Fado na Largo do Chafariz de Dentro. Jego twórcom w zadziwiający sposób udało się uchwycić ducha muzyki, a wędrówka po salach ekspozycji potrafi wciągnąć niczym najlepszy film. Nie spieszcie się, pozwalając wzrokowi omiatać plakaty zapowiadające niegdyś koncerty lub ślizgać się po materiale sukni artystek. A później usiądźcie w jednym z wygodnych foteli i dajcie się ponieść dźwiękom pieśni rozbrzmiewających w otulających uszy słuchawkach, dostępnych za jednym skinieniem dłoni.

Najmodniejsze miejsce w mieście

Mercado da Ribeira, hala targowa działająca od 1892 r., miała już swoje najlepsze czasy za sobą, gdy niespodziewanie w 2014 r. stała się jednym z najmodniejszych miejsc w Lizbonie. Aby zabytkowy obiekt, w którym od zawsze handlowano mięsem, rybami oraz warzywami i owocami nabrał drugiego oddechu, wystarczyło wydzielić osobną strefę gastronomiczną. I Lizbona zupełnie oszalała.

Ponad 30 punktów gastronomicznych i dziesiątki ustawionych pośrodku ław i stołów. Swobodna atmosfera, idealne warunki do rozmów i poznania kogoś, kto przysiadł się obok. Niezliczony wybór lokalnych i światowych specjałów. Mnogość wina. Czegóż chcieć więcej?

Wybierzcie się tu późnym popołudniem, gdy gwar wypełnia halę aż po jej sklepienie, a być może przeżyjecie jeden ze wspanialszych wieczorów w Lizbonie. Każde ze stoisk jest warte uwagi, ale przeoczenie "O Prego da Peixara" - z cudownymi daniami z ryb i owoców morza - "Manteigaira Silva" - z zestawem najlepszych portugalskich serów i wędlin oraz "Henrique Sa Pessoa" - knajpki prowadzonej przez kucharza-sławę - byłoby grzechem trudnym do wybaczenia.

Historia na kółkach

Wędrówka po przestronnych salach nowej siedziby Narodowego Muzeum Powozów w Lizbonie (Museu Nacional dos Coches) potrafi powiedzieć więcej o historii Portugalii niż niejedna książka lub przewodnik. Największa na świecie kolekcja pojazdów konnych pochodzących z okresu od XVII do XIX w. to feeria barw, złoceń, zdobionego drewna i przepychu. Królewskie karoce, zabytkowe powozy, bryczki służące do przewożenia świętych figur, miniaturowe pojazdy dla dzieci. Portugalia była niegdyś gospodarczym hegemonem, graczem rozdającym karty w światowej rozgrywce. Bogactwo kolekcji zebranej w muzeum to ślad tamtych czasów, odprysk historii pokazujący dawną potęgę niewielkiego kraju, ale też zmiany, jakie nastąpiły w kolejnych dziesięcioleciach. Miejsce nie tylko dla miłośników wszelkiego rodzaju pojazdów kołowych.

 

Nad rzeką

Gdyby nie Tag, przez Portugalczyków zwany Tejo, nie byłoby Lizbony. Rzeka uchodząca w tym miejscu do oceanu przez wieki tworzyła potęgę miasta. Do dziś jest obecna niemal w każdym dniu Lizbończyków, którzy widzą ją z biur, przemykają nad nią wysokimi mostami w drodze do domu, krążą wokół, szukając wieczorem ukojenia od goniącej codzienności.

Promenada, ciągnąca się od Praca do Comercio, aż do Cais do Sodre zamienia się przed zmierzchem w ludzką falę płynącą w obu kierunkach. Wstrzymany pośpiech, powitalne pocałunki w policzki, butelka portugalskiego wina w dłoni, szmer rzeki będącej na wyciągnięcie ręki i zniżające się nad samym nurtem Tagu słońce - czyż może być lepszy sposób na zamknięcie dnia i rozpoczęcie długiej nocy?

 

Zapisz się na jazdę próbną chcę się zapisać