cofnij
Skania - tu nie ma nic i jest wszystko

Skania - tu nie ma nic i jest wszystko
Skåne, region południowo zachodniej Szwecji, jak mało który nadaje się, by zwolnić. Wsiąść w samochód i odbyć podróż po kameralnych miejscach, czerpiąc przyjemność z bliskości przyrody, śladów odległej historii i spotkań z miejscowymi.

Przypłynąłem tu, by zobaczyć foki. Stary rybacki kuter, przystosowany do przewozu pasażerów, przebił się przez bałtyckie fale prowadzony przez Szweda z brodą i posępnym wyrazem twarzy – wzorowy przykład prawdziwego kapitana – i po kilkudziesięciu minutach od wypłynięcia z Torekov, mieściny na północno-zachodnim krańcu Skåne, dotarł do nabrzeża na wyspie Hallands Väderö. Po drodze minęliśmy sporo płaskich kamieni i piaszczystych łach, ale tym razem fok na nich nie było. Pozostało mi więc znaleźć sobie jakiś inny cel.


Z daleka dojrzałem ubraną na czerwono postać, próbującą utrzymać się w pionie w silnym wietrze i rozwiesić w wichurze pranie. Drewniane zabudowania przycupnęły przy solidnej, metalowej latarni morskiej. Skierowałem się w jej kierunku, by zamienić parę słów z mieszkającymi tu ludźmi.

Źródło: Shutterstock

- Jak się tu żyje? – kobieta powtórzyła moje pytanie, przez chwilę trzymając wciąż wysunięte w górę ręce z praniem. – Cóż, oprócz nas nie ma tu niemal nikogo. Nie ma też ani jednego sklepu, urzędu, restauracji, hotelu. Latem w dzień przypływają turyści, ale wieczorem nie ma po nich śladu. Jesienią i zimą zdarza się, że sztormy uniemożliwiają wyjście w morze, jesteśmy więc uwięzieni na wyspie. Trzeba mieć zgromadzone zapasy. Czasem bywa ciężko, ale można się przyzwyczaić. Jest nas pięcioro, ja z mężem i trójka dzieciaków. Nie czujemy się samotnie.

To pragmatyczne podejście wydaje się być typowe dla mieszkańców Skandynawii. Potrzeba bycia blisko natury płynie w ich krwi. Przeciwności da się okiełznać. Wystarczy zachować spokój, zaplanować co trzeba i cieszyć się każdą chwilą.

Źródło: Shutterstock

- Wieczory są tu cudowne – dodała moja rozmówczyni. – Latarnia rozświetla mrok, morze otacza nas z trzech stron. Jeżeli wszystko, co trzeba było zrobić jest już zrobione, siadamy w swetrach na leżakach na werandzie, by coś razem wypić lub zjeść. Mając tą całą przestrzeń wokół dla siebie. Nigdzie nie ma takiego spokoju, jak tu. Łatwo w tych warunkach nabrać dystansu do każdego problemu.

 


Latem z przystani w Torekov prom na Hallands Väderö odpływa co dwadzieścia minut. Cała wyspa jest rezerwatem przyrody, oplecionym przez trasy spacerowe przecinające łąki, gęste lasy i mokradła. Omijają one jednak – celowo – plaże, na których chętnie wylegują się foki szare. To kolejny przykład na szwedzkie podejście do natury – to ona jest tu najważniejsza, a nie ludzie. W trosce o spokój ssaków, dostęp turystów do ich legowisk został po prostu drastycznie ograniczony. Żeby zobaczyć zwierzęta, trzeba wybrać się na specjalny rejs łodzią (która również nie podpływa zbyt blisko fok) lub liczyć na trochę szczęścia w trakcie przeprawy promem na wyspę. Zdarza się bowiem, że foki akurat przepływają w pobliżu lub wylegują się na morskich skałach. Ograniczenia te nie wpływają jednak na popularność wyspy. Możliwość spędzenia dnia w oddaleniu od świata, w otoczeniu przyrody, bez pośpiechu działa na Szwedów jak magnes.

Źródło: Shutterstock


Ta podróż zaczyna się jednak w Torekov, mieścinie z której Hallands Väderö widać jak na dłoni. Brukowane uliczki biegnące wzdłuż nabrzeża i drewnianych domków mogą sprawiać wrażenie skansenu lub teatralnej dekoracji. To jednak złudne poczucie. Torekov, pomimo sporej liczby turystów, żyje według swojego dawnego rytmu, pozostając przede wszystkim osadą rybacką.

Można się o tym przekonać, zachodząc do niewielkiego portu, do którego nieustannie wpływają kutry. Z ich pokładów wyładowywane są skrzynie pełne ryb, a brodaci mężczyźni spędzają godziny na naprawach sieci i niekończącym się dłubaniu w łodziach. Tu – w porcie – światy miejscowych i przyjezdnych przenikają się harmonijnie. Do restauracyjek na pirsie turyści zachodzą, by zjeść ryby lub owoce morza, a rybacy wpadają na kufel piwa. Siadają obok siebie, mijają się, zagadują. Gdy, siedząc na drewnianej ławie, podjadam smażone kalmary, kutry, sieci i maszerujące po nabrzeżu mewy mam na wyciągnięcie ręki.

Źródło: Shutterstock

O charakterze osady, od zawsze związanej z morzem, przypomina kadłub złączony z dwóch frachtowców ustawionych na lądzie, w którym zgromadzono pamiątki po cumujących tu niegdyś łodziach. Zakręcenie sterem statku traktowane jest przez przybyszów jako rytuał, po którego spełnieniu można dopiero mówić o udanym pobycie w miejscowości. Większej determinacji wymaga zanurzenie się w wodach Bałtyku, którego temperatura nawet latem pozostawia nieco do życzenia. Po kąpieli rozgrzać się można jednak w uroczym drewnianym domku Warmbadhus, w którym, patrząc na rozciągające się tuż za oknem morze, tkwi się w żeliwnej wannie pełnej gorącej wody i dobroczynnych morskich wodorostów, by chwilę później oddać się w ręce masażystów.

Kamienna zagadka

Idąca z wioski Kåseberga polna dróżka prowadzi mnie przez pastwisko, obok patrzących z niemym zainteresowaniem krów, na szczyt nadmorskiego klifu. Z jego brzegu rozciąga się hipnotyzujący widok na pogrążony w mgiełce Bałtyk. Punktem, który przyciąga wzrok jest jednak zadziwiająca formacja z kamieni. Ustawili ją Wikingowie, tysiąc bądź tysiąc pięćset lat temu, w nie do końca nam znanych celach.

Źródło: Shutterstock

 

Ales Stenar – jak zwie się to miejsce – rodzi więcej pytań niż daje odpowiedzi. 59 kamieni, te największe sięgające powyżej głów dorosłych mężczyzn, tworzą zarys kadłuba łodzi, choć, by się o tym przekonać, najlepiej spojrzeć na zdjęcia wykonane z lotu ptaka. Ułożenie głazów jest diabelnie precyzyjne – północnozachodni kraniec budowli wyznacza punkt zachodu słońca podczas letniego przesilenia (22 czerwca), południowowschodni natomiast podczas przesilenia grudniowego. Naukowcy wciąż pozostają bezradni, nie potrafiąc bezspornie rozstrzygnąć, w jakim celu Wikingowie ustawili kamienie. Każda koncepcja ma zarówno przeciwników, jak i gorących wyznawców. Czy było to miejsce nieznanego nam kultu? Cmentarz? A może rozbudowany kalendarz solarny?

Źródło: Shutterstock

Gdy przechadzam się pomiędzy kamieniami, dywagacje te jednak niespecjalnie mnie zajmują. Budowla, w typowy dla Szwecji sposób, jest dostępna dla każdego. Można swobodnie przemieszczać się pomiędzy głazami, oprzeć o nie plecami, by poczuć nagromadzone przez dzień ciepło słońca, a nawet się na nie wspiąć. Nie ma biletów, płotów, zakazów. Pełna otwartość i zaufanie, że przybywający tu goście pozostawią to miejsce w takich stanie, w jakim je zastali. Przyjemność przebywania tu jest na tyle duża, że głowa szybko przestaje się biedzić nad rozwiązywaniem historycznych zagadek.

Wódka w kurorcie

Wejście do fabryki Absolut w Åhus, na samym południu Skåne, to jeden ze skuteczniejszych sposobów na powrót po wizycie w Ales Stenar do teraźniejszości. Nieustannie pracujące maszyny, przesuwające się taśmy, tysiące dzwoniących szkłem butelek to kwintesencja nowoczesności.

Źródło: Shutterstock

Zakład produkcyjny najbardziej znanego szwedzkiego trunku zwiedza się z przewodnikiem. Trasa wycieczki biegnie przez główne hale, pozwalając podejść do nalewaków i maszyn nalepiających etykietki, zamienić kilka słów z krzątającymi się pracownikami. Jedynym miejscem, do którego wstępu bronią zamknięte drzwi jest sala, w której opracowywane są pomysły na nowe produkty lub serie limitowane.
- Nie chcemy, by konkurencja nas w czymś ubiegła – uśmiecha się trochę przepraszająco Ingve, nasz przewodnik.

Źródło: Shutterstock

W pomieszczeniach niesie się stukot uderzających o siebie butelek. Nie jest męczący, jednak dopiero później – po wyjściu z fabryki – uświadamiam sobie, że wciąż go słyszę. Potrzeba chwili, by ucichł.
Produkcja jest w większości zautomatyzowana, a kręcący się tu pracownicy pełnią głównie funkcję nadzorczą. Butelki suną równym tempem, najpierw puste, później napełniane jedną z najbardziej znanych wódek świata. Na dużym monitorze w szaleńczym tempie zmieniają się liczby, procenty, normy, ilość napełnionych i zapieczętowanych flaszek.

Źródło: Shutterstock

– Dwieście dwadzieścia tysięcy butelek na dwóch liniach w ciągu jednej zmiany – wyjaśnił Ingve. – To rekord wydajności, którego na razie nie udało się pobić.

Taśmy, rolki, ramiona, czujniki. Wszystko odmierzone z absolutną precyzją. Bardziej ludzko robi się w małym pokoju za szklanymi drzwiami. Na półce stoją kieliszki – osobne do każdego rodzaju wódki, czystej, malinowej, gruszkowej, mango. Jedno naczynie z napisem Russia/Ukraina. Na tamten rynek idą specjalnie opracowane smaki, wedle życzenia.

Źródło: Shutterstock

Wirnikowa maszyna męczy kilka kropli alkoholu zlanych z butelki zdjętej z taśmy. Po chwili wyrzuca dane: procent zawartości alkoholu, czystość, wszystko. Wąchasz, smakujesz, decydujesz. Od pracujących tu ludzi zależy, co trafi do sprzedaży. Dane, którymi dysponują to tylko pomoc, kluczowa jest ocena sensoryczna. To ostatnia szansa, by wyłapać błąd i sprawić, by cała fabryka zamarła. Każdy z nich modli się po cichu, by wszystko było w porządku. Zatrzymanie linii produkcyjnej to poważna sprawa.

Źródło: Shutterstock

Fabryka Absolut, choć położona w centrum Åhus, nie zakłóca jego kameralnego, nieco sennego charakteru. Potężny ceglany budynek udało się wkomponować w miejscową zabudowę. Same miasteczko cieszy się mianem kurortu. Dostęp do plaży, molo, marina wcinająca się wraz z rzeką w środek miejscowości i bliskość lasu sprawiają, że Szwedzi chętnie przyjeżdżają tu na wypoczynek. Do ich dyspozycji jest między innymi duży wygodny kemping. I mimo, że brakuje tu spektakularnych atrakcji i zabytków, pobyt w Åhus upływa zadziwiająco przyjemnie. Wystarczy wyrwać się spod dyktatu pośpiechu, kupić porcję wyśmienitych lodów na nabrzeżu i – wraz z mieszkańcami i turystami – oddać się bezcelowemu spacerowi, ot tak po prostu, gawędząc o niczym i ciesząc się każdym krokiem.

Przeczytaj też

Zapisz się na jazdę próbną chcę się zapisać