#onetontour izrael
  • Partner
#onetontour izrael
Artykuł
Izrael - przewodnik po Jerozolimie, Masadzie, Morzu Martwym

2018-05-18

Izrael to rozmodlona Jerozolima i falujący muzyką nocnych klubów Tel Awiw, pyszniąca się antycznymi ruinami nadmorska Cesarea i zagubiona w bezkresie pustyni Masada. Święta ziemia Żydów, chrześcijan, muzułmanów, ale też kibucników, którzy w swoim utopijnym śnie roili, że właśnie tutaj wyrośnie ich idealny świat. Kto zechce Izrael opisać, sam siebie skazuje się na porażkę. Bolesne poczucie pogoni ze wiecznie nieuchwytnym. Nie ma jednak ceny, której nie byłoby warto zapłacić za zobaczenie jednego z najbardziej niezwykłych krajów na świecie.
Izrael - przewodnik po Jerozolimie, Masadzie, Morzu Martwym

W 1969 roku australijski turysta Michael Dennis Rohan podłożył ogień pod meczet Al-Aksa, jedno z najważniejszych miejsc islamu. Budowla stoi na Wzgórzu Świątynnym w Jerozolimie, tuż obok Kopuły na Skale. Według muzułmańskiej tradycji to właśnie do tego miejsca dotarł prorok Mahomet podczas Miradżu, nocnej podróży, w którą wyruszył z Mekki na grzbiecie cudownego wierzchowca Al-Buraq. Potem dostąpił wniebowstąpienia w towarzystwie Archanioła Gabriela.

 

Rohan postanowił podpalić meczet, by wygnać muzułmanów z Ziemi Świętej. Pożar spustoszył sporą część budowli, pochłonął między innymi bezcenną mównicę z drzewa cedrowego – dar sułtana Saladyna. Wywołał też trwające wiele dni krwawe zamieszki. Sam Rohan został aresztowany kilka godzin po ataku na świątynię. Psychiatrzy orzekli, że cierpi na syndrom jerozolimski.

 

Zaburzenie to dotykać może nawet 200 osób rocznie, choć z reguły ma dużo łagodniejszy przebieg. Najczęściej zapadają na nie młodzi mężczyźni pielgrzymujący do Jerozolimy – zarówno chrześcijanie, jak i Żydzi. Pod wpływem emocji wywołanych przez kontakt ze świętymi dla ich religii miejscami zaczynają sobie wyobrażać, że są Jezusem, Janem Chrzcicielem, Mojżeszem, Królem Dawidem. Syndrom zwykle ustępuje, kiedy opuszczą Jerozolimę.

 

Po śladach świętych

Jerozolima istotnie oszałamia. To największe miasto Izraela, według tamtejszej Ustawy Zasadniczej jego stolica. Urzędują tam prezydent, Kneset, czyli izraelski parlament, sąd najwyższy, pracuje centralna administracja.

 

Prawdziwe serce Jerozolimy bije jednak za murami Starego Miasta. Na obszarze niespełna kilometra kwadratowego krzyżują się wpływy żydowskie, chrześcijańskie, islamskie. Stare Miasto jest niczym patchwork utkany z niezliczonych barw, zapachów, dźwięków, niczym mozaika pieczołowicie złożona z wirujących wokół słów i nawoływań w egzotycznych dla Europejczyka językach.

 

Każdy kolejny krok po gęsto splecionych uliczkach jest zarazem podróżą w głąb – czasu, historii, cywilizacji, dla wielu także w głąb siebie. Bo czy jest na świecie inne miasto, w którym człowiek na każdym kroku dotykałby świętości?

 

Jerozolimę można przemierzać na miliony sposobów. My zdecydujemy się na wędrówkę pomiędzy dwoma górami. Wyruszamy z Góry Oliwnej, skąd roztacza się widok na Stare Miasto z połyskującą złotem Kopułą na Skale. Potem kilkaset metrów w dół krętą asfaltową drogą – wprost do ogrodu Getsemani.

 

 

Niewielką przestrzeń za kamiennym murem porastają drzewa oliwne. To tutaj Chrystus spędził noc poprzedzającą ukrzyżowanie, tutaj modlił się, tutaj został wydany na śmierć przez Judasza.

 

– Działo się to w szabas, więc Jezus jako pobożny Żyd nie mógł się oddalić od murów Jerozolimy dalej niż na dwa tysiące kroków – tłumaczy Etty Herman, przewodnik po Izraelu. Same drzewa oliwne, które dziś tutaj rosną nie pamiętają tamtych czasów, ale i tak są bardzo sędziwe. – Najstarsze liczą sobie 800 lat – podkreśla Etty Herman.

 

Jeszcze chwila i ponownie jestem w obrębie murów starej Jerozolimy. Znów opada mnie gwar po dachy wypełniający wąskie i kręte uliczki. W dzielnicy muzułmańskiej wszystkie one upstrzone są niewielkimi sklepikami, które dosłownie wylewają się ze swoimi towarami na ulicę.

 

Szklane kule, krzyżyki, naszyjniki, pierścionki, błyskotki, świecidełka, bibeloty. Z ikony zmęczonym wzrokiem spogląda Chrystus, pobrzękują trącane przez przechodniów rzemyki z "Okiem Proroka", na kamionkowych talerzach hebrajskie pozdrowienie "Szalom".

 

 

Pomiędzy kramami rozpycha się miniaturowy zakład fryzjerski (w jego wnętrzu mieszczą się jedynie fotel, lustro i szafka z przyborami) i podobnych rozmiarów warsztat szewski. – Do mnie, do mnie mój przyjacielu – zachęca szerokim uśmiechem sprzedawca słodkich jak marzenie łakoci. Można odnieść wrażenie, że w labiryncie uliczek, przesmyków, schodków odnaleźć się mogą tylko miejscowi.

 

Właśnie tędy prowadzi Via Dolorosa – droga, którą blisko dwa tysiące lat wcześniej Chrystus pędzony był na kaźń.

 

O kolejnych jej stacjach przypominają kapliczki, bądź przytwierdzone do murów tablice z inskrypcjami. Są także znaki, jak choćby odcisk dłoni w kamieniu. Zgodnie z tradycją należy do Jezusa, który właśnie w tym miejscu zachwiał się pod ciężarem krzyża.

 

Obok na murach niewielkie kolorowe malowidła, przedstawiające choćby palmy – dowód na to, że mieszkańcy domu to pobożni muzułmanie, który odbyli pielgrzymkę do Mekki.

 

Płacz nad Jeruzalem

Dzielnica muzułmańska płynnie przechodzi w chrześcijańską, której centralnym punktem jest Bazylika Grobu Świętego. Z palącego słońca wraz z kłębiącym się tłumem wpadam wprost w półmrok. W świetle tlących się lampek połyskuje długi na kilka metrów głaz, przed którym klęczą wierni. Niektórzy opierają o niego głowy, polewają olejami, czasem płaczą. To Kamień Namaszczenia.

 

 

Właśnie tutaj ciało Jezusa miało być przygotowywane do pochówku. Kilkanaście metrów na prawo znajduje się ołtarz wzniesiony w miejscu dawnej Golgoty, z drugiej strony – symboliczny grób Chrystusa zbudowany przez krzyżowców tam, gdzie miał On zostać pochowany.

 

Dramat sprzed dwóch tysięcy lat rozegrał się na przestrzeni kilkudziesięciu metrów.

 

Jeszcze kilkaset metrów i kolejna zmiana dekoracji. Próżno szukać tutaj rozgwaru i chaosu tak charakterystycznego dla kwartału, który zajmują muzułmanie. Ale ludzi niewiele mniej, a wraz ze zbliżaniem się do Wzgórza Świątynnego tłum jeszcze gęstnieje.

 

Zanim tam dotrę, muszę przejść przez policyjną kontrolę. To jeden z najbardziej zapalnych punktów nie tylko w Jerozolimie, ale i na całym świecie. Na dole znajduje się Ściana Płaczu – jedyna pozostałość po zbudowanej przez Heroda Wielkiego Świątyni Jerozolimskiej. W 70 roku, po nieudanym powstaniu żydowskim, budowla została zburzona przez Rzymian. Dziś jest to najświętsze miejsce judaizmu.

 

Pod Ścianą Płaczu Żydzi modlą się, tańczą, wtykają pomiędzy kamienie karteczki z prośbami do Jahwe. Zgodnie z tradycją Midrasza właśnie stąd świat rozwinął się do swojej obecnej postaci. Na terenie, gdzie dziś znajduje się Wzgórze Świątynne Bóg miał zebrać ziemię, z której uformował pierwszego człowieka – Adama.

 

Wielu ortodoksyjnych Żydów chętnie odbudowałoby świątynię, ale na przeszkodzie stoi górująca nad Ścianą Płaczu Al-Aksa i Kopuła na Skale, gdzie modlą się muzułmanie. Spora część z nich z kolei życzyłaby sobie z całego serca, by ze Wzgórza Świątynnego raz na zawsze zniknęli Żydzi…

 

Masada (nie)zdobyta

Na zachód. Ostatni rzut oka na Starą Jerozolimę, ogrodzone murem osiedla palestyńskie ("Podróż tam może być dla obywateli izraelskich niebezpieczna" – ostrzegają tablice), długi tunel i nagle, niemal jak ręką uciął zielone wzgórza ustępują miejsca jałowej Pustyni Judzką. Piach i żółto-rude skały ciągną się po horyzont.

 

Monotonię krajobrazu z rzadka rozpraszają beduińskie osiedla sklecone z desek, dykty i falistej blachy. Przed prowizorycznymi domami smagłe dzieciaki biegają za piłką wzniecając tumany kurzu, kozy wyskubują skąpe kępki wyschniętej na wiór trawy. – Rząd chciał budować dla nich domy, ale oni wolą zostać przy swoim. Są jak dawni europejscy Romowie – mówi Etty Herman.

 

W dół. Jerozolima leży na wysokości 580 metrów nad poziomem morza. A my zjeżdżamy blisko tysiąc metrów niżej, wprost nad Morze Martwe. To najniżej położony obszar na Ziemi. Jasnobłękitna plama rozlewa się wśród pustki. Przez dobre kilkadziesiąt kilometrów przesuwamy się wzdłuż niej, by naraz znów wystrzelić w górę. Przed nami wyrastają kilkusetmetrowe zbocza.

 

 

Na wieńczącym je płaskowyżu rozsiadła się Masada. Według historyka Józefa Flawiusza twierdza stała się oczkiem w głowie króla Heroda, który zamienił ją w prawdziwą warownię z grubymi murami, wieżami obronnymi, magazynami żywności i wody.

 

Do legendy Masada przeszła w 73 roku naszej ery, kiedy to była jednym z ostatnich bastionów żydowskiego powstania przeciwko Rzymianom. Legiony dowodzone przez Flawiusza Silwę do szturmu fortecy przygotowywały się bardzo pieczołowicie. U stóp góry zgromadziło się pięć tysięcy żołnierzy.

 

Dziewięć tysięcy niewolników przez długie tygodnie budowało gigantyczną machinę oblężniczą i nasyp, po którym miała ona wjechać pod mury. Kiedy wreszcie Rzymianie ruszyli do ataku i przedostali się przez umocnienia, uderzyła ich cisza. Na środku dziedzińca leżał stos broni. Wkrótce natknęli się na ciała obrońców.

 

W przeddzień szturmu dowodzący fortecą Eleazar ben Jair doszedł do wniosku, że dalszy opór jest skazany na porażkę. Poddanie Masady uważał jednak za hańbę. Wraz ze swoimi ludźmi postanowił odejść ze świata na własnych warunkach. Najpierw żołnierze zabili swoje rodziny, a potem zaczęli uśmiercać towarzyszy.

 

Ostatnich kilku obrońców wylosowało spośród siebie jednego, który ugodził mieczem innych, a na końcu sam odebrał sobie życie. W ten sposób tylko on jeden dopuścił się ciężkiego grzechu, jakim w judaizmie było samobójstwo. Z masakry ocalały jedynie dwie kobiety i pięcioro dzieci, które ukryły się w kanale.

 

Dziś Masada jest symbolem poświęcenia, bohaterstwa i honorowej śmierci. Kolejną świętością Izraela. W jej ruinach przysięgę wojskowa składają młodzi żydowscy żołnierze. Rotę ślubowania kończą słowami: "Masada nigdy więcej nie zostanie zdobyta".

 

Puste kieszenie, piękne życie

Woda przypomina błękitno-białą, słoną zupę. Jest tak gęsta, że po prostu wyrzuca człowieka na powierzchnię. O pływaniu nie ma mowy. Najlepiej przylgnąć do niej plecami i spokojnie leżeć. A jeżeli już koniecznie chcemy się przemieścić, najlepiej energicznie odepchnąć się wyciągniętymi wzdłuż ciała rękami.

 

Tutaj nie sposób się utopić, jednak zażywający kąpieli nie powinni tracić czujności. W zasolonej do granic możliwości wodzie trudno obrócić się z pleców na brzuch, jeszcze trudniej stanąć. Kto czuje, że traci panowanie nad własnym ciałem, powinien podnieść rękę. Wtedy ktoś mu pomoże zmienić pozycję, albo odholuje go w bezpieczny rejon. Nie można też przesadzić z długością kąpieli.

 

W nasyconej minerałami wodzie wykonane ze srebra kolczyki, pierścionki, bransoletki pokrywają się czarnym nalotem, ludzie o słabym sercu mogą poczuć się źle. – Najlepiej pobyć kwadrans w wodzie, wyjść na brzeg i dokładnie opłukać się pod prysznicem – radzi Etty Herman.

 

 

Morze Martwe to właściwie bezodpływowe jezioro na pograniczu izraelsko-jordańskim. Jego głębokość sięga 377 metrów, choć każdego roku zmniejsza się o metr. Z powodu ogromnego zasolenia nie ma w nim żadnego życia. Dlatego też w dawnych czasach bywało nazywane Morzem Cuchnącym, Diabelskim, czasem Morzem Sodomy – ponoć na jego dnie znajdują się ruiny biblijnych Sodomy i Gomory.

 

Dziś - pomimo raczej ponurej nazwy – jezioro przyciąga turystów niczym magnes. Tym bardziej, że kąpiel w nasyconej minerałami wodzie (oczywiście kąpiel z umiarem) ma walory zdrowotne.

 

- To żadne Morze Martwe. Ja nazwałbym je żywym – mówi z przekonaniem Zebu. Siwy brodacz w roboczych spodniach prowadzi nas po zacienionych alejkach, wokół których kłębi się egzotyczna roślinność. To jeszcze jeden izraelski cud.

 

W 1956 roku na jałowej pustyni pojawiła się grupa młodych ludzi przesiąknięta mieszanką idei socjalizmu i syjonizmu. Postanowili, że założą gospodarstwo, w którym ziemia, a także zarobione dzięki niej pieniądze będą wspólne. Państwo zgodziło się im pomóc. Tak powstał kibuc Ein-Gedi. Dziś w kibucu znajduje się rozlewnia wód mineralnych, ale zarabia on przede wszystkim jako uzdrowisko i ogród botaniczny dla osób, które chcą zasmakować uroków Morza Martwego.

 

Zebu był jednym z założycieli Ein-Gedi. – Znają mnie tu wszyscy – mówi z dumą. – Jeśli chcecie wysłać do mnie list, wystarczy napisać na kopercie "Zebu" i dodać nazwę kibucu – przekonuje. Dziś w Ein-Gedi mieszka 527 osób. Nie wszystkie z nich jednak to kibucnicy.

 

– Kto chce wkłada pieniądze do wspólnej kasy, a potem za darmo je na wspólnej stołówce, czy korzysta z usług naszego lekarza. Kto nie chce, pracuje z nami, ale żyje jako rezydent – tłumaczy Zebu.

 

Izraelskie kibuce przez lata zmieniały się, nie wszędzie idea wytrzymywała próbę czasu, często na wierzch wyłaziły jej niedoskonałości. Tak, czy inaczej Zebu jest przekonany, że było warto. – W Ein-Gedi mamy teatr, centrum sportowe, siebie nawzajem. Nasze kieszenie są puste, ale życie osiągnęło naprawdę wysoki poziom – podkreśla.

 

Poncjusz Piłat patrzy na morze

Magnetyczny urok pustyni zostaje w głowie na długo. Trudno się od niego uwolnić nawet w tętniących życiem miejscach owiewanych chłodnym wiatrem znad Morza Śródziemnego. Cezarea. Tutaj swoją rezydencję miał prefekt Judei Poncjusz Piłat, tutaj Apostoł Piotr nawrócił pierwszych pogan, tutaj przez dwa lata więziony był Apostoł Paweł, tutaj szkołę teologiczną założył Orygenes, jeden z pierwszych Ojców Kościoła.

 

W pierwszym wieku przed Chrystusem budową wspaniałego portu rozpoczął Herod Wielki. Dziś w wiosce, która stała się oazą izraelskich milionerów podziwiać można doskonale zachowany antyczny teatr, pozostałości hipodromu, kilkunastokilometrowego akweduktu.

 

Na wyciągnięcie ręki od Cezarei leży Tel Awiw kuszący szerokimi piaszczystymi plażami, możliwością uprawiania sportów wodnych, nocnym życiem. Miasto ma zaledwie sto lat z kawałkiem. Zanim powstało, w okolicy królowała Jaffa – antyczny port (obecnie jeden z najstarszych na świecie) i przylegająca do niego malownicza dzielnica, pełna wąskich brukowanych uliczek i domów z kamienia. Dziś Jaffa to dzielnica Tel Awiwu, mekka artystów.

 

Odwaga? Niekoniecznie…

Kilka godzin na pokładzie samolotu, kilka tysięcy przebytych kilometrów, temperatura z plus dwudziestu pięciu spada do minus trzech. Jestem w Polsce. Pakuję oklejoną walizę do bagażnika taksówki. – Pewnie z zagranicy. Londyn? – zagaja kierowca. Kiedy pada słowo "Izrael", kręci głową.

 

– Uuuu, to jesteś pan odważny – rzuca.

- No wie pan. Taka podróż nie ma nic wspólnego z odwagą...

 

Bliski Wschód to istotnie jeden z najbardziej zapalnych regionów świata. Izrael od zawsze zmaga się z wrogością, albo co najwyżej chłodną obojętnością państw arabskich, na rozwiązanie czeka problem palestyński, niektórzy do tej listy dorzucą jeszcze żydowskich ortodoksów.

 

Z drugiej jednak strony władze robią wiele, by ściągający tutaj pielgrzymi i turyści czuli się bezpiecznie. O poplątanej historii i sytuacji geopolitycznej świadczą choćby wojskowe patrole, które raz po raz widać na ulicach Jerozolimy.

 

Wyprawa do Izraela ma niewiele wspólnego ze sportem ekstremalnym. Turysta powinien się wyposażyć co najwyżej w zdrowy rozsądek i zaopatrzyć w trochę gotówki. Kraj jest drogi. Równowartość ośmiu złotych za litr paliwa, czy przeszło trzydziestu złotych za małe piwo w pubie to cena, która przeciętnego Polaka może przyprawić o zawrót głowy.

 

Na szczęście od niedawna do Tel Awiwu można się dostać stosunkowo niewielkim kosztem. Regularne połączenia z Izraelem uruchomił Wizzair. Na lotnisku Ben Guriona lądują samoloty z Warszawy i Katowic. Nie ma ceny, której nie byłoby warto zapłacić za zobaczenie jednego z najbardziej niezwykłych krajów na świecie.

Przeczytaj też

Zapisz się na jazdę próbną chcę się zapisać